|
|
|
|
Czas fizycznej i duchowej detoksykacji
Z ks. drem Markiem Dziewieckim – adiunktem UKSW, psychologiem, rekolekcjonistą i autorem książek o wychowaniu – rozmawia Magdalena Korzekwa M.K.: - Księże Marku, żyjemy w czasach, w których trudno zrozumieć sens odmawiania sobie przyjemności czy podejmowania umartwień. W Wielkim Poście Kościół katolicki zabrania urządzania hucznych zabaw i uczestniczenia w nich. Czemu służą takie wyrzeczenia? Skoro Bóg jest Miłością i kocha nas, to chce dla nas tego, co dobre i radosne, a smaczne posiłki czy huczne zabawy są przecież znakiem i potwierdzeniem radości. ks.M.Dz.: - Nie zawsze tak jest. Coraz więcej ludzi szuka różnych form hucznych i głośnych zabaw nie po to, by dzielić się z innymi swoją radością, lecz przeciwnie – po to, by zapomnieć o tym, że są smutni, albo po to, by zagłuszyć swoje niepokoje czy natrętne myśli. Podobnie coraz więcej ludzi traktuje jedzenie jako sposób na odreagowanie swoich duchowych czy psychicznych niepokojów. Prowadzi to do popadania w różne uzależnienia, do nadwagi i problemów zdrowotnych. Wielki Post jest po to, byśmy lepiej rozumieli samych siebie i byśmy dzięki temu na nowo – a czasem po raz pierwszy w życiu - odkrywali drogi do radości i prawdziwego szczęścia. Sensem przygotowania do Wielkanocy jest to, byśmy pościli od tego, co nam przeszkadza kochać, bo przecież radość pojawia się tylko wtedy, gdy naprawdę kochamy i gdy tworzymy bliskie więzi z tymi, którzy też kochają. W Wielkim Poście nie chodzi więc o umartwienie dla samego umartwienia, lecz o dyscyplinę, bez której po grzechu pierworodnym nie jesteśmy zdolni do tego, by kochać. Naszym zadaniem jest rezygnowanie wyłącznie z tego, co oddala nas od Boga, od miłości, od świętości, od prawdziwej, trwałej radości. Wielki Post to czas duchowej, psychicznej i fizycznej detoksykacji.
- Wielki Post przypomina nam o cierpieniu i śmierci Jezusa. Dlaczego Bóg pozwolił na tak straszliwe cierpienie swojego Syna? Czy Bóg potrzebował śmierci swojego Syna po to, by wybaczyć nam grzechy? - Syn Boży przyszedł do nas w ludzkiej naturze nie po to, by cierpieć, lecz po to, by upewnić nas o tym, że także po grzechu pierworodnym i po grzechach ludzi z kolejnych pokoleń pozostajemy nadal ukochanymi dziećmi Boga. Syn Boży przyszedł do nas po to, byśmy dosłownie zobaczyli Jego miłość w Jego widzialnych czynach i by Jego radość była w nas coraz większa (por. J 15, 11). Przy chrzcie Jezusa w Jordanie Bóg Ojciec ogłosił, że to jest Jego umiłowany Syn, którego mamy słuchać, a nie którego mamy ukrzyżować! Kto twierdzi, że Bóg posłał swojego Syna po to, ten „udobruchał“ rozgniewanego Ojca i odcierpiał za nasze grzechy, ten ma karykaturalne wyobrażenie na temat Boga i głosi zupełnie wypaczoną wizję zbawienia. Chrystus odkupił nas od zła nie przez to, że cierpiał, lecz przez to, że kochał i uczył ludzi kochać. Jego cierpienie ma związek z naszym zbawieniem jedynie na tyle, na ile upewnia nas o tym, że jesteśmy kochani, a przez to mobilizuje nas do nawrócenia i miłości. Na sądzie ostatecznym nikogo z nas nie zapyta Jezus o to, czyśmy cierpieli, a jedynie o to, czyśmy kochali. Zbawienie przychodzi przez Boga, a Bóg jest miłością, a nie cierpieniem. Jest możliwe zbawienie bez cierpienia, ale nie jest możliwe zbawienie bez miłości. To ludzie nałożyli krzyż na Boga, a nie odwrotnie!
- Mam wrażenie, że w Kościele katolickim często podkreśla się to, że cierpienie przyszło przez krzyż, a celem naszego życia jest umartwianie się i szukanie krzyży. Może dlatego chrześcijaństwo staje się coraz mniej atrakcyjne dla młodych ludzi? Nie ma przecież racjonalnego uzasadnienia dla takiej postawy, gdyż każdy z nas chce być szczęśliwy i żyć radośnie.
- Cierpiętnictwo to najgroźniejsza karykatura chrześcijaństwa. Bóg chce, byśmy juz na ziemi żyli długo i szczęśliwie, a przez całą wieczność doświadczali niewyobrażalnej radości twarzą twarz z Nim. Syn Boży nie przyszedł do nas po to, by nasz krzyż stał się cięższy lecz po to, by nasza radość – która od Niego pochodzi – była wielka! On pozwolił przybić się do krzyża po to, by potwierdzić, że kocha nas zawsze. Także wtedy, gdy Go śmiertelnie krzywdzimy. Jako testament pozostawił nam swoje pragnienie, byśmy kochali samych siebie i naszych bliźnich aż tak mądrze, mocno, ofiarnie i wiernie, jak On pierwszy nas pokochał. Im bardziej naśladujemy Jego miłość, tym większa jest nasza radość. I tym mniej jest krzyży oraz cierpień na tej ziemi. Problem polega na tym, że wielu chrześcijan myli miłość z popędem, orientacją seksualną, zakochaniem, uczuciem, tolerancją, akceptacją, “wolnymi związkami” czy naiwnością. Twierdzą oni, że kochają i że mimo to cierpią. Wielu wmawia sobie wtedy, że widocznie to Bóg chce, by cierpieli, mimo że kochają. W rzeczywistości ci ludzie nie kochają, chociaż mają dobrą wolę i subiektywnie są przekonani o tym, że to, co robią, jest miłością. Kochamy naprawdę, czyli tak jak Jezus, tylko wtedy, gdy nasza miłość do samych siebie i do bliźnich jest wierna, wytrwała i czysta, a jednocześnie mądrą, czyli uwzględniająca niepowtarzalną sytuację i specyficzne zachowanie danej osoby. Właśnie dlatego, że Jezus kochał nas nie tylko ofiarnie, ale też mądrze, okazywał swoją miłość każdemu ze spotykanych ludzi w inny sposób. Tych, którzy postępowali uczciwie, wspierał; błądzących stanowczo upominał; przed krzywdzicielami się bronił, by nie zaciągali jeszcze większej winy; ludzi przewrotnych publicznie demaskował i nazywał ślepymi przewodnikami, natomiast tym, którzy kochali bardziej niż inni, zawierzał losy Kościoła. Gdy kochamy równie mądrze, jak Jezus, wtedy nasza radość jest coraz większa, a nasze więzi z bliźnimi stają się coraz trwalsze i przynoszą nam coraz większe poczucie bezpieczeństwa oraz ogromną satysfakcję. Gdy kochamy, wtedy zwykłe życie zamienia się w niezwykłe święto.
- Na czym polega dobre przeżycie Wielkiego Postu?
- Sam Jezus daje nam precyzyjne wskazania w tym względzie. W Ewangelii, którą czytamy w Środę Popielcową, wskazuje nam trzy drogi, które prowadzą do odnowienia i umocnienia miłości. Te trzy drogi to modlitwa, post i jałmużna. Modlitwa to sposób na odnowienie i umocnienie naszej miłości z Bogiem. Im bardziej czujemy się przez Boga kochani i im bardziej odpowiadamy naszą miłością na Jego miłość, tym częściej i tym radośniej z Nim rozmawiamy o naszych pragnieniach i marzeniach, a także o naszych trudnościach i cierpieniach, które nie Bóg nam zsyła. Właściwie rozumiany post to ważny przejaw miłości do samego siebie, gdyż taki post oznacza powstrzymywanie się od zatruwania ciała, psychiki, ducha czy sumienia tym wszystkim, co toksyczne i co oddala nas od świętości. Z kolei jałmużna rozumiana w pogłębiony sposób to przejaw miłości bliźniego. Chodzi tu nie tylko o pomoc w obliczu potrzeb materialnych naszych bliźnich. Chodzi też o wsparcie drugiego człowieka w obliczu jego głodu duchowego, zwłaszcza głodu miłości i prawdy. Nasi bliźni zwykle bardziej niż pieniędzy potrzebują naszej miłości, cierpliwości, nadziei, a czasem upomnienia i powiedzenia im twardej prawdy o ich grzechach czy słabościach. Oczywiście pod warunkiem, że najpierw twardo upominamy samych siebie w obliczu naszych własnych słabości i grzechów.
- Czy wierzy Ksiądz w to, że Chrystus zmartwychwstał. Skąd ta wiara?
- Jestem pewien, że Ukrzyżowany Jezus był Synem Bożym i że zmartwychwstał! Ta moja pewność ma przynajmniej trzy źródła. Po pierwsze – powstanie Kościoła. Gdyby przerażeni i załamani apostołowie nie zaczęli spotykać się ze Zmartwychwstałym Mistrzem, to o Jego istnieniu wiedziałoby najwyżej kilku historyków specjalizujących się w dziejach Izraela. Po drugie, gdyby Chrystus nie zmartwychwstał, to Jego Kościół nie przetrwałby dwóch tysięcy lat straszliwych prześladowań. Żadna religia na świecie nie jest tak prześladowana, jak chrześcijaństwo, a zwłaszcza Kościół katolicki. Także w naszych „tolerancyjnych” czasach jest zabijanych rocznie ponad sto tysięcy chrześcijan na wszystkich kontynentach. Bez więzi ze Zmartwychwstałym nie mieliby oni siły, by wytrwać wiernie do końca, a ich bliscy nie mieliby odwagi, by pozostać w Kościele i ryzykować własnym życiem. Trzeci powód mojej pewności co do tego, że Jezus zmartwychwstał, jest najbardziej osobisty. Otóż ja się codziennie z Nim spotykam i za każdym razem On mnie zaskakuje, gdyż komunikuje mi swoją miłość w ciągle nowy sposób, wskazuje mi takie drogi do świętości, o jakich wcześniej nie miałem pojęcia i daje mi taką siłę, bym mógł kochać, o jakiej nawet nie marzyłem.
- Dlaczego uważa się w Kościele, że Święta Wielkanocne są ważniejsze od Świąt Bożego Narodzenia?
- Te dwa wielkie święta to dwa oblicza tej samej, zdumiewającej miłości Boga do człowieka. Wielkanoc można uznać za ważniejsze święto tylko z naszej, ludzkiej perspektywy. Czujemy się najbardziej kochani wtedy, gdy widzimy cenę, jaką płaci ten, kto nas kocha. Dziecko jest tym bardziej pewne miłości swoich rodziców, im większe widzi ich zaangażowanie aż do nieprzespanych nocy, gdy potrzebuje tego kochana osoba. Podobnie dziewczyna upewnia się o tym, że chłopak naprawdę zaczyna ją kochać najbardziej wtedy, gdy podejmuje on wielki wysiłek, by przezwyciężyć własne słabości czy gdy pokonuje setki kilometrów tylko po to, by ją na chwilę zobaczyć. Podobnie każdy z nas upewnia się o miłości Boga najbardziej wtedy, gdy wystawiamy Bogu największą cenę za Jego miłość do nas i gdy Bóg pozwala się raczej zabić w ludzkiej naturze niż miałby wycofać miłość do ludzi. Po zmartwychwstaniu Syn Boży wraca do nas nie po to, by się mścić za krzywdę, którą żeśmy Mu wyrządzili, lecz po to, by potwierdzić, że nie przestaje nas kochać i że pozostaje z nami do końca świata, aby mogli znaleźć Go ci wszyscy, którzy będą Go szukać choćby w ostatniej chwili ich doczesnego życia. Wielkanoc jest dla nas największym świętem, gdyż jest najsilniejszym i nieodwołalnym potwierdzeniem miłości Boga do człowieka. Odtąd możemy już być pewni, że najlepszą teraźniejszość i przyszłość mają ci, którzy najbardziej kochają, jednak nie po omacku czy metodą prób i błędów, ale tak, jak pokochał nas Ukrzyżowany i Zmartwychwstały Syn Boży. |








